I. Idę …, no właśnie, …miałem napisać o czymś innym. Ale dzisiaj na mojej drodze prowadzącej do banku spotkałem dzieci, które szły na lekcje języka angielskiego. Jedna z dziewczynek pozdrowiła mnie słowami: „Dzień dobry księdzu”. Ubawiły mnie jej słowa, jej uśmiechnięta twarz, otwarte oczy. Widać, że niosła z sobą radość. No ciężar życia ma jeszcze lekki, tym bardziej poddaje się radości i cieszy ją codzienność. Przesłała mi taki krótki, ale dobry „liścik”!
Nie znaczy to, że tej radości nie może być w życiu osób dorosłych. Może i powinna ona być, chociaż kłopoty dnia, trudy życia, problemy, mogą odciskać swoją obecność w sercu, tym samym być mocno widoczne na twarzy. Tak wygląda nasze życie, jest naznaczone dobrymi wydarzeniami i tymi trudnymi. Co nie oznacza, że mamy ulec ciągłemu smutkowi i narzekaniu, a nasze słowa skierowane do innych, mają być ciężkie i dołujące.
Mimo pewnych trudności jakie dotykają każdego z nas, trzeba strać się pamiętać o Panu Bogu. Trzeba Mu pozwalać wkraczać w naszą samotność, trudy życia. Trzeba pozwolić Mu okazać miłość głębszą ponad wszelkie nasze wyobrażenie. Wtedy będziemy potrafili wydobyć z siebie to co dobre, zaczniemy – mimo trudów życia – darzyć innych ludzi przyjaźnią i miłością. Nasze słowa do nich kierowane będą dobre, łagodne. Listy – SMSy, których tak dużo piszemy, będą niosły pokój i radość.
Warto jeszcze zauważyć, że mało mówi się obecnie i uczy pisania listów, tym bardziej SMSów, e-mailów. Dobry list, SMS, może rozjaśnić dzień człowieka cierpiącego, może przepędzić urazę, może wywołać uśmiech i rozradować serce.
Kiedy jesteśmy w Kościele na Mszy świętej, warto zwrócić uwagę, że duża część Nowego Testamentu składa się z listów. Sporo zapewne niezwykle głębokich myśli, zostaje zawarte w listach, SMSach wymienianych przez ludzi darzących siebie nawzajem głębokim uczuciem. Pisanie listów jest bardzo ważną sztuką, zwłaszcza dla tych, którzy chcą przynosić dobre nowiny (por. Henri J.M. Nouwen, Dziennik z klasztoru trapistów, Warszawa 1987, s. 70).
Mam nadzieję, że po przeczytaniu tych słów będziemy potrafili podziękować Panu Boga, za ludzi piszących dobre listy. Uśmiechniętą twarz człowieka, którzy mówi do nas „dzień dobry”, „cześć”, przyjmiemy jako krótki „liścik od Pana Boga”. Także my sami, zacznijmy się uczyć pisania listów, które będą niosły dobro, przebaczenie, radość, pokój!
II. W sobotę 25 kwietnia wieczorem, byłem w Dajtkach na meczu piłki nożnej. Zostałem zaproszony przez córkę mojej bratanicy, która gra w Stomilankach. Na przeciw siebie stanęły zespoły chłopców i dziewczynek – wiek 12/13 lat. Dziewczyny z Olsztyna poniosły porażkę, ale dzielnie walczyły z chłopakami z Idzbarka spod Ostródy. Na meczu była grupka kibiców, przede wszystkim byli to rodzice, albo ktoś z rodziny.
Piszę o tym też dlatego, że w poniedziałek po tym meczu, przeczytałem artykuł „Dzieli nas piłka”. Opisuje on właśnie zmagania z piłką nożną dzieci, ale przede wszystkim uwaga skierowana jest na rodziców, którzy w to się wmieszali. Czytam: rodzice kibicują na trybunach. Słychać głosy: „Za co ja płacę?”, „Nie po to tyle jechałem, żeby patrzeć, jak przegrywają”. Dwóch chłopców ociera łzy, zerka na trybuny i próbuje grać dalej.
W pracy z dziećmi trener spotkał wielu „napompowanych” ojców, którzy przyprowadzali syna na treningi i ogłaszali oto drugi Lewandowski, …W branży mówi się o takich rodzicach KOR, czy komitet oszalałych rodziców. Uważają, że ich dziecko to „urodzony napastnik”, albo grało za krótko podczas meczu. Rodzice potrafią też wpaść na boisko i robić porządek, kiedy ich syn zostanie zbyt mocno sfaulowany.
Dzieci żyją pod dużą presją, rodzice wkładają w rozwój dziecka wiele energii, więc pragną aby wykorzystało szansę. W konsekwencji mecz staje się „ratą kredytu”, który dziecko spłaca. Ten wysiłek kiedyś musi się zwrócić. Trzeba mocno trenować, aby utrzymać się w zespole. Na rozmaite turnieje wynajmowany jest autokar, rodzice – choć nie jest to konieczne – swoimi samochodami podążają za nim.
Istnieje dekalog hiszpańskiego rodzica-kibica. Są w nim takie reguły jak: nie krzycz na trenera, zostaw sędziego w spokoju, nie pouczaj dziecka, bądź pewny, że daje z siebie wszystko. Okazuje się, że wielu polskich rodziców nie potrafi przyjąć tych zasad. Wszczynają awantury na boisku. Dorośli zapominają, że futbol ma być w życiu dziecka głównie czasem relaksu i zabawy, a nie poligonem, na którym trener-dowódca „wyciska” z niego wyniki.
Dzieci bywają przeładowane zajęciami, żyjąc pod dużą presją tracą z czasem przyjemność grania. Rezygnują z niego. Rodzice przyjmują to często jako swoją porażkę. Mają odczucie (zwłaszcza ojcowie), że ich wysiłek poszedł na marne. Wtedy też atmosfera w domu nie jest dobra.
Rezygnacja ze sportu nie jest oznaką słabości – czytam. Dziecko też musi mieć prawo do swoich wyborów. Jest to trudne do zaakceptowania kiedy żyjemy w kulcie sukcesu i wyróżniania się, a ludzie są poddawani nieustannym audytom. Jeżeli chcemy dać dziecku szansę na harmonijny rozwój, musimy się nauczyć odpuszczenia i jemu, i sobie. Długotrwała presja nie buduje odporności. Ona ją zużywa – czytam w artykule (por. Tygodnik Powszechny, Eliza Leszczyńska-Pieniak, 22-27 kwietnia 2026, nr 17, s. 22-25).
Jak przed chwilą mogliśmy przeczytać – streszczenie tego artykułu – piłka może zawłaszczyć myślenie, działanie, zachowanie, nie tylko trenujących, ale także rodziców. Mam nadzieję, że ta grupka rodziców, która była na tym sobotnim meczu, nie popełni tych i jeszcze innych błędów. Wszystkim, których oglądałem w ten sobotni wieczór życzę wiele radości i spełnienia w bieganiu za piłką po boisku. Niech piłka nas łączy, zawodników, rodziców. No i wszystkich kibiców, oglądających takie zmagania!
III. Kończy się miesiąc kwiecień. Stare powiedzenie mówi, że kwiecień to plecień, przeplata trochę zimy i trochę lata. Jak było w tym miesiącu? Trochę inaczej, co nie znaczy, że pogoda nam dokuczyła. Raczej wywołała tęskniące oczekiwanie za miesiącem majem. On zacznie się już jutro. Kiedyś był to dzień defilad, parad, bo było to święto ludzi pracy. Jest i dzisiaj, ale inaczej obchodzone – to znaczy cicho.
Jednak dla nas ludzi wierzących maj, to miesiąc maryjny! Odmawianie Litanii do Maryi w tym miesiącu jest czymś tak naturalnym, jak oddychanie! Możliwe, że tych osób jest mniej niż kiedyś, ale jeszcze przychodzą do kościoła na nabożeństwa majowe. Litania odmawiana jest w domach, przy wiejskich krzyżach. Widok osób modlących się do Maryi, Matki Pana Jezusa, mówi o przywiązaniu do Niej. Ale przede wszystkim jest oznaką miłości, jaką Ją darzymy!
Wiele osób pisało przeróżne rozprawy, rozważania o Maryi. Chwalimy Ją przeróżnymi pieśniami, malowane są obrazy, pisane ikony z jej wizerunkiem. Mimo osłabienia wiary, trudno jest nam sobie wyobrazić, miesiąc maj bez Niej. Jest obecna w myślach, na ustach, kiedy odmawiamy Litanię Loretańską.
Odgrywa doniosłą rolę nadal w życiu Kościoła i coraz powszechniej nazywana jest matką Kościoła. Jest ona Matką – zawsze obecną, zawsze zainteresowaną, zawsze dostępną; znajduje się nieco w tle, lecz jest tam stale. O tej Jej obecności przypomina nam każde Jej święto (kar. Basil Hume).
„Chwalcie łąki umajone – Góry, doliny zielone; – Chwalcie cieniste gaiki – źródła i kręte strumyki. …Chodź jest Panią nieba, ziemi – nie gardzi dary naszymi, Wdzięcznym strumyki mruczeniem – Ptaszęta słodkim kwileniem – i co czuje, i co żyje – Niech z nami sławi Maryję”. Śpiewajmy, nućmy słowa tej Maryjnej pieśni, włączając się w chwałę oddawaną Maryi, Matce Pana Jezusa.
ks. Kazimierz Dawcewicz
