I. Patrzę przez moje okno, gałęzie drzew „tańczą” gonione dosyć silnym wiatrem. Ów „taniec” nie jest wcale taki łatwy? Dlaczego? Są teraz obciążone liśćmi, które mają swój ciężar, to one teraz sprawiają, że ów „taniec” kończy się czasami upadkiem. Można przecież później spotkać gałęzie leżące na drogach, chodnikach. W tej chwili trzeba uważać, przechodząc pod drzewami. Zalecana jest ostrożność, troska o zdrowie.
Ta troska aby zwracać baczniejszą uwagę nie dotyczy tylko chodzenia pod drzewami. Ma ona związek także z naszym życiem intelektualnym, psychicznym, duchowym. Na „stole życia” rozkładane są każdego dnia „ciekawe” książki. Strony internetowe przekazują prawie na żywo przeróżne informacje – ważne, bardzo ważne, mądre, głupie, plotkarskie, oczerniające, … Niestety my często z tego wszystkiego bezrefleksyjnie korzystamy, uważając, że trzeba być na bieżąco, być na tak zwanym topie.
Ale czy mamy obowiązek być zawsze na bieżąco? Czy nie możemy żyć trochę inaczej? Mamy przecież jeszcze na tyle wolności, że sami możemy dokonywać wyboru. To my mamy prawo decydować o tym jaką książkę będziemy czytać, jaki film będziemy oglądać. Patrząc na intelektualny i medialny bałagan, tym bardziej teraz taka postawa krytycznego myślenia jest potrzebna.
Pamiętajmy o tym, aby nie robić ze swojej pamięci śmietnika, w którym będziemy przechowywali śmieci świata – to znaczy informacje jakie usłyszeliśmy, które zostały nam przekazane. Zdrowie psychiczne i duchowe jest ważniejsze. Czasami narzekamy na rozproszenia jakie nas nachodzą w trakcie modlitwy. Wywołują irytacje, złość, czasami nawet chwilową rezygnację z modlitwy. Chcąc temu jakoś zaradzić, zadbajmy o odpowiednią lekturę książek, uporządkujmy świat wiadomości. Pamiętajmy, że jako uczniowie Pana Jezusa będziemy bezpiecznie czuli się w tym świecie, kiedy będziemy blisko Pana Boga.
Piszę te słowa już po godzinie 20.00, teraz jest już lekki wiatr na zewnątrz. Widać to po poruszających się gałęziach drzew. Można bezpiecznie pod drzewami chodzić. Wybierajmy bezpieczne drogi w życiu. Zatrzymujmy się przed dobrymi wiadomościami i informacjami, dbając o swoje psychiczne i duchowe zdrowie.
II. W połowie kwietnia 2026 roku w wieku 85 lat, zmarł znany włoski dziennikarz Vittorio Messori. Dlaczego o nim teraz piszę? Choćby dlatego, że parę jego książek przeczytałem. Ale także dlatego, że dobrze zapisał się w dziejach Kościoła. Ten intelektualista po swoim nawróceniu uznał, że aktem największej miłości wobec bliźnich będzie obrona wiary i Kościoła przed środowiskami …z których się wywodził.
Pochodził z domu mieszczańskiego, mocno niechętnego religii. Wychowany w duchu ateistycznym i robotniczym. Jako student nauk politycznych, koniecznie musiał poznać wiele źródeł ludzkich poglądów i myślenia. Czytał także Ewangelię, to właśnie wtedy, jak wspomina, nawrócił się „przez nieprzewidzianą i nieodpartą siłę” głoszącą mu coś rodzaju „konieczności otwarcia serca na prawdę”. Zaskoczony tym faktem rozpoczął poszukiwanie „racji rozumu” dla tego, co najpierw rozpoznało serce. Zaczął badać racjonalne podstawy wiary. Po 10 latach owocem tej drogi była książka „Opinie o Jezusie”. To ona zapoczątkowała jego karierę pisarską i rozpoczęła jego apologetyczną sławę.
Jest także autorem takich książek jak „Opinie o Maryi”, „Tajemnice Lourdes. Czy Bernadeta nas oszukała”. Pół wieku pisarstwa tego włoskiego autora to także wytężona, skrupulatna i bardzo systematyczna, publikowana najpierw w prasie, a potem w tomach książkowych praca na rzecz obrony Kościoła i cywilizacji chrześcijańskiej.
W wielu dziełach, choćby wydanych po polsku „Czarnych kartach Kościoła” czy w tomie „Kościół katolicki i jego wrogowie”, uczył czytelników elementarnej sprawiedliwości intelektualnej: zanim przyjmie się akt oskarżenia przeciw katolicyzmowi, trzeba zapytać o źródła, kontekst, proporcje i interesy oskarżycieli. Odrzucał modę na kształtowanie wśród katolików poczucia winy wobec własnej przeszłości.
„Przypominał, że nowoczesny Zachód bardzo chętnie rozlicza Kościół, ale znacznie mniej chętnie rozlicza własne świeckie „religie”, rewolucje, nacjonalizmy, komunizm, rasizm, eugenikę, terror ideologiczny, laicki kolonializm, technokratyczne eksperymenty na człowieku. Tam, gdzie mówi się o „ciemnym średniowieczu”, często przemilcza się nieporównywalnie ciemniejsze „mroki nowoczesności”.
Cieszył się dużym zaufaniem również w Watykanie. Za jego uczciwość intelektualną, cenił go kard. Joseph Ratzinger. Późniejszy papież Benedykt XVI jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, zgodził się na wspólne wydanie książki „Raport o stanie wiary” w roku 1985. Kilka lat później, w 15 rocznicę rozpoczęcia pontyfikatu wywiadu udzielił również Messoriemu sam papież Jan Paweł II.
Pod koniec życia spotkała go przykra niespodzianka – tak bowiem zdawał się odczytywać pontyfikat papieża Franciszka. Pisał o tym z bólem człowieka, który ma w sobie odruch posłuszeństwa wobec następcy Piotra. W artykule z 2014 pisał o zwrocie papieża Franciszka, dając wyraz swemu zakłopotaniu: raz bowiem widywał papieża mówiącego w bardzo tradycyjny sposób, innym razem papieża gestów medialnych, których sens był przyjmowany przez liberalne media jako rozmiękczenie doktryny.
Wyrażał również obawę, że Kościół staje się czymś na kształt „filii ONZ”. Podkreślał, że nie ma nic przeciwko, by Kościół mówił o pokoju, wojnie, ekologii. Ale przestrzegał, że jeśli te tematy zaczną dominować tak bardzo, jak to się stało w ostatnich latach, kiedy wypierają z centrum głoszenia Chrystusa, wówczas Kościół stanie się jedną z wielu instytucji moralno-humanitarnych.
Głęboko ubolewał również, że współczesny Kościół coraz rzadziej mówi o rzeczach ostatecznych. Im był starszy, tym częściej podkreślał, że „życie wieczne jest właściwie jednym tematem”, że chrześcijaństwo nie jest przede wszystkim programem naprawy świata, lecz odpowiedzią na śmierć, grzech i pragnienie zbawienia. Jeśli Kościół przestaje mówić o życiu wiecznym, to kto ma o nim mówić?
Wyznał też, w jednym z ostatnich wywiadów, że pragnie aby na jego grobie wyryć słowa św. Pawła: „Scio ciu credidi” – „Wiem, komu uwierzyłem”. Całe swoje życie poświęcił głoszeniu i obronie Chrystusa (por. Krystian Kratiuk, Pożegnanie reportera metafizycznego, DoRzeczy, nr 28/2026, s. 45-47).
Możliwe, że nikt z czytający te słowa, nie zetknął się z jego książkami. Ale chciałbym zwrócić uwagę nam wszystkim, abyśmy za jego przykładem, jeszcze bardziej przyłożyli się się do głoszenia Ewangelii, obrony Chrystusa i Jego Kościoła.
III. W niedzielę 12 lipca wróciłem z pielgrzymki do Wilna. Pamiętam, że pisałem już o moim pielgrzymowaniu do tego miasta w roku ubiegłym. Jednak ten wyjazd był trochę inny, mogę powiedzieć, że intensywniejszy w zwiedzanie, usłyszane wiadomości. Wszystko to dzięki temu, że był to wyjazd pielgrzymkowy z większą liczbą osób, no i ubogacony przez przewodniczkę – Panią Alinę.
Dla człowieka wierzącego, Wilno wzbudza zachwyt swoimi kościołami, miejscami modlitwy związanymi z obrazem Matki Bożej Ostrobramskiej, relikwiami świętego Kazimierza. Pewnego klimatu i wzruszenia dodaje także i to, że tu w Wilnie miała swoje wizje św. Faustyna Kowalska. Właśnie w tym miejscu został namalowany obraz Jezusa Miłosiernego, tu wreszcie można uczyć się modlitwy na koronce do Miłosierdzia Bożego.
Wilno to także jakaś część historii Polski. Od 1569 roku tworzyliśmy przecież jeden organizm państwowy z Litwą. W katedrze św. Stanisława znajdują się groby dwóch królów Polski, na cmentarzu na Rosie obok matki złożono do grobu serce Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Dla mnie to pielgrzymowanie miało też wymiar osobisty i rodzinny. W sobotę 11 lipca odprawiłem Mszę świętą przy obrazie Jezusa Miłosiernego. Uczestniczyła w niej moja rodzina. Później na chwilę zostawiłem naszą grupę pielgrzymkową i udałem się do rodzinnej miejscowości mojego taty. Tam spędziłem parę godzin z moją rodziną. Przy wspólnym posiłku rozmawialiśmy, było oglądanie zdjęć, dzielenie się informacjami o sobie nawzajem. Oczywiście nie mogło zabraknąć zrobienia wspólnych zdjęć przed moim odjazdem. To moje drugie z nimi spotkanie, było w nim dużo serdeczności, radości, śmiechu. Dziękuję Panu Bogu, że mogłem z nimi pobyć, poznać ich trochę lepiej.
Przebywanie w domu jest dobre i potrzebne. Ale wybranie się w podróż, także może przynieść wiele dobra. Tak mogę podsumować ten pielgrzymkowy trzydniowy czas. Czasami warto dać się wyrwać z zasiedzenia, dać się zachwycić pięknem miasta, historii, życiem świętych. Dla mnie swój urok i piękno w ten wyjazd wniosło także spotkanie z moją rodziną.
ks. Kazimierz Dawcewicz
