I. Sobotnie zakupy robione przeze mnie w dywickiej stodole, to spotkania z różną grupą osób. Część z nich to mieszkańcy Dywit i okolić, inni przybywają tu ze „świata” istniejącego obok naszej Parafii. Nie o tym jednak chciałbym teraz napisać, nie zamierzam zajmować się socjologią społeczną, odpowiadając na pytania: skąd przyjechali? Czego tu szukają? Kto im powiedział, że dobre zakupy można robić w parafialnej stodole? Chcę na chwilę zatrzymać się na tym, co mi się przydarzyło pewnej soboty! Chociaż uprzedzam, że to nic wielkiego.
W zasadzie zakupy miałem już zrobione, ale przed wyjściem chciałem kupić jeszcze pomidory, cytrynę i czosnek. Wszystko przebiegało z początku sprawnie, trwało to małą chwilę. Kiedy zacząłem płacić za dokonane zakupy, co chwila wypadały mi z rąk pieniądze. Posługiwałem się lewą ręką, tą sprawniejszą – tak mi się wydawało – jednak ta finansowa nieudaczność zaczęła mnie trochę irytować, później śmieszyć. Tak, tak, wreszcie dopiąłem swego, to znaczy udało mi się zapłacić.
Taka fizyczna nieporadność zdarza się w zasadzie w każdym wieku. Małe dzieci chcą gdzieś wejść, ale nie potrafią, młodzież doświadcza rezygnacji po paru nieudanych próbach zrobienia czegoś. Dorośli mają podobne problemy, a osoby starsze mają ich znacznie więcej. Tak wygląda nasze doskonalenie się w umiejętnościach życiowych. Z upływem czasu, a kiedy my nabywamy lat, te umiejętności słabną.
Ale obok tych fizycznych sprawności, istnieje w nas sfera duchowa. Wzrastanie w niej jest zadaniem człowieka, który przez chrzest święty stał się dzieckiem Boga. Każdy czas, wszystkie lata naszego życia są właściwą okazją, aby to robić. Poznawać bardziej Boga, tym samym bardziej Go kochać, innych ludzi obdarowywać dobrocią.
Przeżywamy obecnie czas Bożego Narodzenia. Kończy się czas oktawy, czytane Ewangelię kolejny już raz, przybliżają nam osoby Symeona i Anny. Starość nie przeszkadza im w dziele służenia Panu Bogu. Dzień spotkania Jezusa, był dla nich dopełnieniem przeżytych już dni, doświadczeniem radości i duchowego spełnienia.
Nie wiem w jakim wieku jest czytelnik tych słów, ale z upływającym czasem z uśmiechem przyjmujmy pewne niezręczności, gubienie pieniędzy, zapomnienie rękawiczek w kościele, … To tylko jej „Wysokość” starość się zbliża albo już jest w całej krasie, wzbudzając czasami irytację, ale i uśmiech na twarzy!
II. Usłyszałem parę dni temu, „ciekawe” słowa. Małżeństwo niosło siatki wypełnione zakupami, pewnie wracali ze sklepu. Znaleźli się blisko kościoła, zastanawiali się jaką wybrać drogę. Pani, możliwe że żona, zwróciła się do męża: „chodź pójdziemy obok kościoła. Nie chodzimy do kościoła, to przynajmniej po terenie przykościelnym się przejdziemy”. Rozwiązanie na pierwszy rzut oka – jak mówimy – ciekawe, ale kiedy głębiej wnikniemy w sens słów, to niosą one w sobą pewien smutek. Ludzie byli mi zupełnie nieznani, możliwie że to nowi mieszkańcy Dywit. Ale przynieśli do Dywit z sobą świat ziemskiego ograniczenia, nie mający nic wspólnego z przeżywanymi świętami.
Osób chodzących ze spuszczoną głową, spotykamy dzisiaj dosyć dużo. Patrzących w ziemię z uwagą, tam szukających rozwiązań swoich trudnych spraw, kłopotów. Możliwe, że na małą chwilę znajdą „podpowiedź” w audycji telewizyjnej, radiowej, przeczytanych słowach w gazecie, na stronie internetowej. Jednak wartość tych sugestii jest ulotna, chwilowa, szybko może zostać zastąpiona smutkiem, przygnębieniem, niepokojem. Co wtedy?
Czas świąt Narodzenia Pana Jezusa przypomina, że Pan Bóg o nas nie zapomniał. Dał nam swojego Syna Jezusa Chrystusa, który jest ciągle z nami. Zaprasza do bliskiej relacji. Możemy ją nawiązać przez codzienną modlitwę, chwile adoracji, czytania słowa Bożego i rozważania go, przez odmawianie różańca. Wtedy bycie blisko kościoła nie będzie tylko wspomnieniem, „żartobliwym” stwierdzeniem: nie chodzimy tu, ale przecież możemy przez plac kościelny przejść. Dla osób wierzących, bycie blisko kościoła, to zaproszenie do wejścia, do zatrzymania się na chwilę. Po co? Aby nacieszyć się obecnością i bliskością Pana Jezusa, zachwycić się Jego miłością.
III. W pokoju gościnnym i telewizyjnym na plebanii, od dłuższego czasu leży na stoliku książka. Nosi tytuł „Kontemplacja”. To prezent jaki otrzymałem od ks. Wojtka, około półtora roku temu. Sięgam po nią czasami, czytam, chwilę się zastanawiam. Odkładam, aby po paru dniach, tygodniach, znów do nie wrócić. Już samo słowo „kontemplacja” nas nie zatrzymuje, raczej ostrzega, aby ostrożnie do tej książki podchodzić.
Jak naprawdę te słowo mamy traktować? Co o nim sądzić? Czy samo słowo, a przede wszystkim to wszystko co kryje w nim, jest właśnie dla nas? Odpowiadając na te pytania, trzeba powiedzieć, że nie należy tego słowa się bać. Jeżeli tylko jej – kontemplacji – zapragniemy, jest dostępna także dla nas. Niesie z sobą świat bliskości Boga, której tak naprawdę bardzo potrzebujemy.
Kontemplacja jest wpisana w duchowy rozwój, który podejmujemy, aby być blisko Pana Boga. W przywołanej przeze mnie książce zapisane zostały słowa, które zachęcają do ucieczki przed własnym odbiciem, przed umysłem zwracającym się ku samemu sobie. Jest to choroba szczególnie rozpowszechniona wśród współczesnych, którzy lubują się w analizach i ciekawostkach psychologicznych. Jeśli przyglądamy się swojemu „ja”, zamiast oczy zwrócić ku Bogu, jeśli porzucamy kontemplację, by przekonać się czy na pewno jest dobra, zgodna z opisami „autorów duchowych”, zupełnie tracimy owoc naszego życia duchowego, dopuszczamy niepokój zamiast zatopić się w pokoju i narażamy się na niezliczone iluzje. Trzeba się przyjrzeć sobie w Bożym spojrzeniu tak, aby przed Nim opłakiwać swe występki, nie zaś dla przyjemności i próżnego poczucia bezpieczeństwa. Od nas oczekuje się – jak nauczała św. Katarzyna ze Sieny – że będziemy działać mężnie, że każdy odwróci się od siebie, a bez miary pragnąć będzie Boga.
Książki z zakresu duchowości są dobroczynne, gdyż pokazują nam cel, do którego mamy dążyć, i środki, do osiągnięcia celu, jednak użytek z nich będzie szkodliwy, jeśli posłużymy się nimi dla zaspokojenia ciekawości i ustaleniu, na którym stopniu, na „jakim piętrze zamku duszy” się znajdujemy. Ocena sytuacji należy do Boga (por. Jacques Maritain, Raissa Maritain, Nauka Kontemplacji, s. 45-47).
Brak zwrócenia się ku sobie, to przeczyste pragnienie Boga samego, Jedynego, jest zasadniczym warunkiem kontemplacji. Po przeczytaniu powyższych słów, uświadomiliśmy sobie, dlaczego my często nie „dorośliśmy” do kontemplacji. Podobnie jak my, czyni wiele innych osób. Bo za dużo jest w nas myślenia o sobie, zwracania się ku sobie, koncentrowania się wyłącznie na sobie. Niestety taka praktyka podziwiana siebie, staje się teraz bardzo powszechna.
Słyszymy także wypowiedzi przeróżnych osób, przyjaciół, znajomych, abyśmy tak mocno się nie umartwiali. Mamy pomyśleć więcej o sobie, mamy zadbać o siebie, swoje potrzeby. Zycie jest krótkie, trzeba żyć chwilą, cieszyć się nią!… Jednak te wszystkie propozycje, mają się nijak do tego, aby wzrastało w nas pragnienie Boga, które jest głównym warunkiem kontemplacji.
Co zatem mamy zrobić…? Pan Bóg szanuje naszą wolność, nie zmusza do niczego. Propozycja kontemplacji leży każdego dnia przed nami. Rozpoczynamy ją od braku zwrócenia się wyłącznie ku sobie. Boże odwróć me oczy, niech na marność nie patrzą (por. Ps. 119,37).
ks. Kazimierz Dawcewicz
