Widziane z okna, przeczytane i usłyszane (90F)

I. Najświętsza Panna odegrała kluczową rolę w życiu Chrystusa, czym zaskarbiła sobie wielki tytuł Matki Boga. Obecnie odgrywa Ona doniosłą rolę w życiu Kościoła i coraz powszechniej jest nazywana Matką Kościoła, Kościoła, który narodził się na Kalwarii i otrzymał misję podczas Pięćdziesiątnicy. Na Kalwarii cierpiała, rzec można, bóle porodowe, kiedy Kościół zrodził się z przebitego boku Pana Jezusa. Była obecna w Wieczerniku, kiedy Duch Święty zstąpił na apostołów.
Ona jest Matką – zawsze obecną, zawsze zainteresowaną, zawsze dostępną; znajduje się nieco w tle, lecz jest tam stale. O tej jej obecności przypomina nam każde Jej święto (kar. Basil Hume).

Kolejny już raz zajmuję się w tych rozważaniach tematyką Maryi. Jest obecna w życiu Kościoła, a także w życiu każdego z nas. Zachęciła mnie do tego pisania, nota Kongregacji Doktryny Wiary, która ostatnio się ukazała. Jej pojawienie się ma na celu, uporządkowanie tytułów jakie nadawane są Maryi. Przede wszystkim zwrócono uwagę, aby nie używać tytułu „Współodkupicielka”. Dokument nie akceptuje tego tytułu dla Maryi, ponieważ uważa, że może przesłonić jedyne zbawcze pośrednictwo Chrystusa. Dokument stwierdza, że używanie tego tytułu jest niewłaściwe i prowadzi do zamieszania w doktrynie chrześcijańskiej. Zgodnie z nauczaniem, jedynym Odkupicielem jest Jezus Chrystus i nie może być żadnych „współodkupicieli”.
Zapewne ten dokument nie zmieni nastawienia i miłości jaką jest obdarowywana Maryja Matka Pana Jezusa. Jej obecność w życiu każdego katolika, datowana jest na pierwsze chwile życia, to znaczy od kiedy nauczyliśmy się słów „Zdrowaś Maryja”. Ta krótka modlitwa w wielu domach przecież odmawiana codziennie, pokazywała, że mamy do czynienia z osobą bardzo ważną. Litania odmawiana w miesiącu maju, różaniec, to wszystko budowało przywiązanie do Niej.
Wiemy także, że w późniejszych latach, ta pobożność maryjna różnie była przeżywana. Lepiej lub gorzej. Ale pamięć o Maryi gdzieś z sobą nosiliśmy. Choćby przez nasze wejścia do kościołów w czasie wakacyjnych zwiedzań, sprawiało, że z Jej imieniem się spotykaliśmy – obrazy, figury. Nawet jeżeli ktoś niesystematyczne uczęszcza na niedzielną Mszę świętą, to już w akcie pokuty „Spowiadam się Bogu Wszechmogącemu …” o obecności Maryi w życiu Kościoła się dowiaduje.
Znajduje się nieco w tle – jak napisał cytowany kardynał – ale jest stale obecna! Zainteresowana naszym życiem, ważne jest także to, że mamy łatwy dostęp do Niej.

II. Coś mnie dzisiaj „napadło” (piątek), postanowiłem umyć okna w pokojach gdzie mieszkam. Ale to nie wszystko, zostały wyprane firanki i zasłony. Było też i odkurzanie, ścieranie kurzu. To nic, że po południu padał cały czas deszcz, który trochę zniweczył moją pracę okienną. Ale liczy się to, co zrobiłem. Teraz siedzę w pachnącym pokoju. Kiedy tak sprzątałem, to dopiero wtedy zobaczyłem jak mocno zakurzone były okna. Z daleka tego tak nie widać, ale bliskość pokazuje wszystko.
Tak sobie pomyślałem teraz – jest już wieczór – że nasze chodzenie daleko od Pana Boga skutkuje pozwalaniem na coś podobnego. Kurz w postaci różnych sytuacji, złych wyborów, błędów, grzechów, prawie niewidoczny zalega na naszym ciele, myślach, sercu. Tacy zakurzeni, żyjemy póki co spokojnie. Dlaczego tak jest? Bo nie widzimy tak do końca siebie! Wydaje się nam, że jest wszystko w miarę dobrze. Nie jest tak źle, żebyśmy musieli się wstydzić swojego życia. W tym zadowoleniu żyjemy wiele lat, „pudrując” przysłowiowo swój „nosek”, aby ładniej wyglądać.
Jednak przychodzi taki moment w życiu, kiedy chcemy coś poprawić. Jakaś przeżyta sytuacja pokazała nam, że tak naprawdę mało jest w nas dobra, wyrozumiałości. Więcej zarozumiałości, która okazała swoją wielkość w trakcie towarzyskiego spotkania.
Chodzenie z tym wydarzeniem w myślach, będąc poirytowani takim zachowaniem, bywamy prowadzeni w stronę refleksji. Przede wszystkim szukamy ukojenia w spotkaniu, to znaczy przeproszeniu osoby, którą obraziliśmy. Wreszcie – może po paru latach, – przypominamy sobie o Panu Bogu, idziemy do spowiedzi świętej. Wtedy mówiąc swoje grzechy, widzimy bardzo dobrze zbierany przez lata kurz. Ta bliskość i doświadczenie miłosiernej miłości Boga Ojca pokazuje, że można robić pewne rzeczy inaczej, myśleć inaczej. Częstsze też „ścieranie kurzu” – w sakramencie pokuty – czyni nas lepszymi ludźmi.
Jak już wspomniałem, wyprane firany i zasłony, sprawiły, że w pokojach mojego mieszkania na plebani towarzyszy mi w tej chwili ładny zapach. W życiu niektórych świętych było tak, że osoby, które były blisko nich odczuwały także piękny zapach. Tak było w trakcie spotkań z o. Pio, także w chwilach spotkań ze świętą Kingą. Tu nie chodzi o zapach użytego płynu do kąpieli, użytych perfum, dezodorantu. Jest to zapach spowodowany głęboką miłością do Pan Boga, uzewnętrznianiem się tej miłości w ten właśnie sposób.
Dlatego wypada zachęcić wszystkich do bycia blisko Pana Boga. Aby zapach Jego miłości wypływający z życia Jego przykazaniami, Ewangelią, roznosił się wszędzie tam gdzie są Jego uczniowie!

III. Ludzie już od najstarszych wieków nauczyli się pisać testamenty. Czy też zostawiać je w formie ustnej – złożone pod przysięgą osobie z rodziny. Ich cel miał być i jest jasny, mają one po śmierci zadbać o sprawiedliwy podział majątku. Jak bywa z odczytywaniem testamentu, a następnie realizowaniem go, to już zupełnie inna sprawa. Bywa respektowany, odrzucany, wywołuje wręcz furię emocjonalną u niektórych, szczególnie pominiętych, czy też skrzywdzonych – tak przynajmniej niektórym osobom się wydaje.
Nie zawsze słowo testament dotyczy spraw materialnych, dzielenia, rozdysponowania wielkich zasobów materialnych. Bywa, że słowo testament używane jest w odniesieniu do pisarzy, filozofów, polityków. Ich przesłanie, wezwania jakie pozostawiają po sobie, uważa się za testament. Z tą różnicą tylko, że jego zrealizowanie, spełnienie, bywa pozostawione osobom postronnym, szczególnie z ich środowisk naukowych i twórczych. Zdarza się i tak, że myśli, jakie zostawili szybko idą w zupełne zapomnienie, nawet odrzucenie.
Skąd te słowa napisane o testamencie w tym punkcie rozważania? Ma to też związek z tym, że w ostatnią niedzielę, kiedy mówiłem o naszym małym końcu świata – śmierci, do tego tematu nawiązałem. Odniosłem to do mojej osoby, bo w tych minionych dniach otworzyłem swój testament, który napisałem w 2017 roku. Muszę przyznać, że lektura była bardzo pouczająca i ciekawa!
My księża, po osiągnięciu pewnej granicy wieku, jesteśmy zobowiązani do napisania testamentu. Jego zadaniem jest uporządkowanie spraw pochówku po śmierci – wskazanie gdzie rodzina ma nas pochować. Rozdysponowanie też swoją własnością, jeżeli oczywiście się ją posiada. Życie pokazuje, że jest potrzebny. Pozwala uniknąć niepotrzebnych rodzinnych nieporozumień i kłopotów. Zatem nie bójmy się słowa testament i jeżeli zachodzi taka potrzeba, to wypada go napisać. Zostawić tym samym rodzinie pamiątkę w tej postaci!

ks. Kazimierz Dawcewicz