Widziane z okna, przeczytane i usłyszane (89F)

I. Jeżeli byśmy Boga nie miłowali, to życie nasze, dane z miłości i do miłości przeznaczone, byłoby bezcelowe (sługa Boży Wenanty Katarzyniec). Miłowanie Boga wydaje się nam czymś oczywistym. Chociaż życie pokazuje, że tak naprawdę nie jest. Różnie to wygląda w życiu ludzi, nawet tych, którzy uważają siebie za osoby wierzące. W takim razie, czy te zacytowane słowa mijają się z celem. No nie, uświadamiają nam tylko to, do jak wielkiej miłości został człowiek stworzony.
Dane nam życie z miłości i stworzenie nas do tak wielkiej miłości zakłada także pracę jaką każdy człowiek ma wykonać. Rozpoczyna się ta miłosna przygoda przez siedzenie na kolanach naszych rodziców, krewnych, znajomych. Okazywania uczuciowego ciepła, troski, opieki, prowadzenia przez życie. W tym czasie także bywamy wprowadzani w świat Pana Boga. Bardzo często pierwszą modlitwą jaką się nauczyliśmy była modlitwa do Anioła Stróża. Później zaczęliśmy odmawiać modlitwę „Ojcze nasz”, która pokazała, że Bóg w którego wierzę jest ukochanym Ojcem.
Bywa jednak czasami i tak, że ten obraz Boga jako kochającego Ojca, zbyt mocno nie wybrzmiewa. Ma to różne przyczyny. Jedną z nich zostawiły nam osoby, które uczyły i mówiły nam o Bogu. Bóg wymagający, zakazujący, nakazujący, zaczął budzić lęk i strach. A nie miłość, której tak szukamy i pragniemy. Okazuje się, że takie „wbicie” złego obrazu Boga idzie za człowiekiem długo. Osoby, które nie podejmują pracy duchowej nad sobą, mają problem z tym do końca życia.
Świadomość tego wykrzywionego obrazu Boga, naszego Ojca, to ból serca. Ale także to zaproszenie do podjęcia pracy nad zmianą Jego wizerunku. Wymaga to systematycznej lektury Ewangelii, poznania i zafascynowania się Panem Jezusem, który objawia nam Boga jako Ojca. Pomocą w tej pracy jest też nasze serce, które pragnie doświadczyć miłości i pragnie tą miłością żyć. Jest to ciągłe zaproszenie do duchowej pracy, aby tej miłości jak najpełniej doświadczyć! Bo przecież przeznaczeni jesteśmy do miłości!!!

II. Czas kończącego się października już od lat dziewięćdziesiątych XX wieku naznaczony jest „obchodami” Halloween, maskaradą. Odniesienia do tego wydarzenia widoczne są w kulturze popularnej, przede wszystkim amerykańskiej. Głównym symbolem tradycji jest wydrążona i podświetlona dynia z wyszczerbionymi zębami. Inne popularne motywy to duchy, demony, zombie, wampiry, czarownice, trupie czaszki, nietoperze, czarne koty, pajęczyny, Wilkołaki itp.

Trudno się dyskutuje z tym chodzeniem dzieci i młodzieży, to znaczy ze zwolennikami tego wydarzenia. Widzą w tym frajdę, wyjście z domu, popukanie do drzwi nieznanych ludzi. Zrobienia czasami psikusa, chociaż w tym roku podano wiadomość, że jakieś dziecko poniosło w tym czasie śmierć.
Pomyślałem, że trudno chyba byłoby namówić tę samą gromadę osób, aby pukały do domów i powiedziały coś o swojej wierze w Pana Jezusa. Tak, tak, część z tych osób ma nadal jakiś związek z Kościołem. W tym gronie są dzieci, które przygotowują się do I Komunii świętej, młodzież chodząca na spotkania przed do bierzmowaniem. Czy jest to znak niewiary, walki z Kościołem? Chyba raczej uleganie modzie – bo tak inni robią. Jeszcze z innej strony trzeba stwierdzić, że zapukał do drzwi domów analfabetyzm religijny. Niestety jest to prawda!
Pójście na niedzielną Mszę świętą wymaga pewnego wysiłku, pokazania się i cichego powiedzenia jestem wierzącym człowiekiem. Ale już postawienie dyni w ogródku, w oknie, wcale nie trudzi, wzbudza pewną frajdę. Przy okazji jest to powiedzenie: „popieram takie coś”; „jestem za tym, aby trochę się pobawić”. To takie współczesne „wyznanie wiary” – to znaczy niewiary! Uleganie pogańskim modom!

III. Korzeniem wyboru jest wiara w to, że Bóg przez cały czas jest z tobą i da ci wszystko, czego trzeba. Negatywne emocje mówią tak się nie da, tych emocji jest dużo. Pojawiają się w ciągu każdego roku naszego życia. Trudno ich nie słuchać. Są głośne, mocne, natrętne. A jednak wiemy, że to nie jest głos Boga. Bóg mówi: kocham cię, jestem z tobą. Zbliż się do mnie, a doświadczysz radości i pokoju mojej obecności (Henri J.M. Nouwen).
Idąc za tymi słowami holenderskiego księdza, wypada powiedzieć, że ci wszyscy, którzy uczestniczą w tych wydarzeniach z 31 października, podążają za swoimi emocjami, próżnymi oczekiwaniami. Ulegają opinii publicznej, aby tylko być na czasie, żyć w nurcie laickiej propagandy.
Człowiek każdego dnia życia stacza wiele bitew, ważnych, mniej ważnych. Pamiętajmy też, że toczymy także bitwę o naszą wiarę w Pana Jezusa. Obecnie Kościół jest wyśmiewany, lekceważony, pogardzany, nazywany organizacją mafijną. Takie stwierdzenia robią na ludziach wrażenie! Szczególnie wtedy kiedy wypowiada je reżyser filmowy, a potwierdza je i umacnia tego pana w tym przekonaniu, pani profesor. Jak im nie wierzyć, pytają niektórzy?
Jako ludzie wiary stajemy przed trudnymi wyborami, decyzjami. Słyszymy od innych podpowiedzi, że tak już się nie robi. Takie postępowanie wyszło już z mody. Natarczywość tych głosów jest silna, bywają one niestety, po jakimś czasie przez nas powtarzane – nucone pod nosem. Trudno jest nam przed nimi uciec. Ich natręctwo sprawia ból w całym ciele.
Chociaż przychodzi jednak ratunek! Głos wpisany głęboko w nasze serce mówi, że to nie tak. Po jakimś czasie łapiemy się, że te negatywne natchnienia nie pochodzą od Boga, ale to podszepty świata i złego ducha. Wtedy też przypominamy sobie, że w czasie naszego chrztu kiedy ksiądz wypowiadał słowa: „ja ciebie chrzczę, w imię Ojca, …”, nad nami rozbrzmiewał cichy głos Boga: jesteś moim umiłowanym synem, córką, mam w tobie upodobanie.
Głos Boga w głębi naszego serca jest cichy, można go zagłuszyć różnymi opiniami, krzykliwymi wyzwiskami, modnymi hasłami, … Nie idźmy za nimi, nie oddalajmy się od Boga – naszego Ojca! Tylko On może dać nam radość i pokój, których tak pragniemy i szukamy!

ks. Kazimierz Dawcewicz