I. „Czy myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż mieszkańcy Galilei, iż to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie” (Łk 13,2-3). Kiedy bywamy świadkami wielkich krzywd, jakie ludzie wyrządzają ludziom, jesteśmy kuszeni, by oskarżać krzywdzicieli przed Bogiem i koncentrować swoją uwagę jedynie na ich winie. Chrystus zachęca nas jednak, byśmy nie zajmowali się cudzymi grzechami, ale własnymi” (Józef Augustyn, myśli na każdy dzień roku, Kraków 2015, s. 283).
Zajmowanie się innymi ludźmi, to zajęcie, które wielu z nas często spełnia. Najgorsze w tym hobby jest także to, że tym zajęciem się lubujemy. Uważamy siebie za ekspertów – chociaż do tego się nie przyznajemy. Niestety takie przyzwyczajenie ciągnie się za nami, prawie do końca życia. Tylko od czasu do czasu, w przypływie refleksji nad własnym życiem, czujemy pewien niepokój. Czasami nawet przez małą chwilę, coś w tym zachowaniu pragniemy zmienić.
Najczęściej jednak spotkanie z dobrym znajomym, dłuższa chwila rozmowy taki stan zmienia. To znaczy, wracamy na nowo do dyskusji o życiu znanych nam osób. W ten sposób, stajemy się grabarzami dobrych chęci. Muszą one czekać na kolejną okazję, ale kiedy ona się pojawi, trudno jest to powiedzieć.
Najgorsze w takim zachowaniu jest to, że umyka nam czas, który moglibyśmy przeznaczyć na pracę nad sobą. Ludzi popełniających grzechy, krzywdzących innych, będziemy niestety nadal spotykać. Stwierdzenie pewnego faktu, że ktoś postępuje źle, wcale nie usprawiedliwia naszego lenistwa w pracy nad sobą.
Nie lękajmy się spojrzeć krytycznie na siebie, to może z początku zaboleć. Podjęta po rycersku rękawica zapraszająca mnie do walki z sobą, przyniesie po pewnym czasie dobre owoce. Zmianie ulegnie nasze życie, zmieni się nasze myślenie. Więcej będziemy widzieć dobra wokół siebie! Wreszcie sami staniemy się lepsi, mniej narzekający i mniej czepiający się innych ludzi!
II. „W rachunku sumienia, który jest modlitwą odpowiedzialności, uczymy się stopniowo dostrzegać, odczytywać i przyjmować znaki działania Bożego. Są one często prostsze i bardziej wyraźne niż się nam nieraz wydaje. Mogą być one jednak odczytane tylko przez ludzi, którzy znają „codzienny język Pana Boga”. Języka tego uczymy się przez częstą rozmowę z Nim” (Józef Augustyn, myśli na każdy dzień, Kraków 2015, s. 286).
Przynależąc do różnych wspólnot, bywamy zachęcani do praktyki codziennego rachunku sumienia. Samo już słowa „rachunek” budzi u niektórych z nas pewne zdziwienie, a nawet niepokój. Lubimy liczyć pieniądze, kupiony i przywieziony nam towar, …, ale liczenie swoich grzechów, słabości, błędów, wywołuje pewien opór. Jeżeli już ktoś podejmie się tego dzieła, to zauważamy że takie zajęcie jest męczące, nużące. Następnie po pewnym czasie praktykowania rachunku sumienia, najczęściej nie dostrzegamy zbyt wielkich zmian w sobie. Po co w takim razie się męczyć – pytamy siebie! Często po takim stwierdzeniu, podejmujemy decyzję o zakończeniu tego duchowego ćwiczenia.
Ale czy takie zachowanie jest słuszne? Czy nie wypada raczej jeszcze trochę się „pomęczyć”? Wszyscy, którzy podejmują duchową pracę, pragną siebie zmienić, być bliżej Pana Boga, nie uciekną przed tą praktyką. Wygląda ona z początku na trudną, bolesną. Pokazuje, że ciągle mamy coś do zrobienia. Pewne wady, błędy, może na pewien czas zniknęły, ale za to dostrzegliśmy nowe, ukryte głęboko „pod naszą skórą”.
Jak mogliśmy przed chwilą przeczytać w cytowanym przeze mnie tekście, rachunek sumienia jest modlitwą odpowiedzialności. Kiedy jesteśmy – mimo znużenia nim – wytrwali, bardziej dostrzegamy, odczytujemy znaki działania Boga. Tego języka uczymy się przez częstą z Nim rozmowę.
Zachwycanie się miłością Pana Boga do nas, rodzi w naszym sercu poczucie ludzkiej wartości. Bycie kochanym daje nam pewność siebie, daje nam także odwagę do krytycznego spojrzenia na siebie. Robimy tak nie po to, aby siebie wciąż biczować. Tylko czynimy to, aby pozwolić Jego miłości wejść do naszych serc, myśli, pragnień. Pan Jezus pragnie mieć uczniów silnych, odważnych, zdolnych do odniesienia zwycięstwa – rachunek sumienia w byciu takim pomaga. Gdzie jest obecna Jego miłość, tam zbierane są obficie owoce miłości!
III. Mam na swoim koncie sporo grzeszków, ale jednego w życiu najbardziej żałuje. Aktor Charlie Sheen nie raz szokował opinię publiczną. Skandalami, imprezowym trybem życia. Na początku września pojawił się w nowojorskim 92NY, gdzie rozmawiał z Davidem Duchownym o swoim życiu. Tam padły słowa, które obiegły media: „Łatwiej poradzić sobie z HIV niż z cholernymi tatuażami”, a po chwili dodał: Nie to powinienem powiedzieć. Pi…..ne tatuaże. Przepraszam. Nie da się wziąć pigułki i sprawić, żeby zniknęły. To była zła, okropna, głupia decyzja.
Aktor tłumaczył, że jego ciało stało się swego rodzaju płótnem, na którym pojawiło się mnóstwo rzeczy (….) Jak sam przyznał, tatuaże miały nie tyle zdobić, ile odwracać uwagę i ukrywać blizny z czasów, kiedy brał narkotyki. „Próbowałem być sprytny. Sam sobie zwróciłem uwagę, że na stałe będę teraz potrzebował dłuższych rękawów albo większych tatuaży. Pomyślałem, że to przynajmniej fajna próba kamuflażu”.
Dodał, że choć istnieją sposoby usuwania tuszu, to proces jest długi, bolesny i wymagający ogromnych wyrzeczeń. Od ponad dekady, gdy udało mu się zerwać z nałogami, nie zrobił już żadnego nowego tatuażu. Choć sam mówi dziś, że przeszłość ma już za sobą, to wspomnienia o tatuażach wydają się dla niego symbolem lekkomyślności decyzji sprzed lat. „Nie można ich po prosu skreślić” – podsumował gorzko.
Tak mi się zdaję, że już dwa razy zajmowałem się w tych rozważaniach tematyką tatuaży. Przeglądając internetowe wiadomości, zauważyłem ten artykuł, pomyślałem sobie, że będzie to dobre dopełnienie tego co już wcześniej napisałem. Możliwe, że tamte słowa ktoś czytający przyjął jako słowa księdza, który musi tak pisać! Wypada – myślą niektórzy – aby zniechęcić miłośników tatuaży, do robienia kolejnych na swoim ciele. Nie będę teraz nic dodawał, zostawiam czytelników tego rozważania, ze słowami tego amerykańskiego aktora.
ks. Kazimierz Dawcewicz
