I. W lipcu – od lat dziewięćdziesiątych XX wieku – z większą siłą powraca temat ludobójstwa na Wołyniu. Nigdy tym zagadnieniem w tych moich rozważaniach się nie zajmowałem. Dlaczego właśnie ten temat się pojawił? Dlatego, że zacząłem czytać książkę „Nienawiść” Stanisława Srokowskiego. Opisuje on kaźń, straszliwe zbrodnie, które miały miejsce na kresach. Dokonywano ich w latach 1939-1945 na Polakach i Żydach przez ukraińskie formacje nacjonalistyczne, a także zwykłych mieszkańców tamtych ziem, którzy dali się przekonać propagandzie, że w ten właśnie sposób trzeba na zawsze pozbyć się „problemu”, czyli innych mieszkańców tych ziem.
Kiedy piszę te słowa, znajduję się w domu rekolekcyjnym diecezji przemyskiej w Ustrzykach Górnych. W ramach wolnego czasu zaglądam do tej książki. Pierwszy raz usłyszałem o Wołyniu, o tym co tam takiego się wydarzyło w Ostródzie. Byłem już księdzem, wsiadłem do taxi, które miło mnie zawieźć na pogrzeb. Coś chyba wtedy powiedziałem na temat Ukraińców. No i się zaczęło. Taksówkarz opowiedział wtedy swoją historię oraz historię osób mu najbliższych, którzy zginęli w tamtych wydarzeniach. Słuchając jego relacji byłem mocno zaskoczony, wtedy również uświadomiłem sobie, że oto pierwszy raz słyszę o tym, co działo się na Wołyniu. Znałem wydarzenia związane z akcją „Wisła”, którą przeprowadzili Polacy w PRLu, a która była związana z Bieszczadami. Przecież także w moich Judytach mieszkali ludzie, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów, rodzinnych stron.
O tym, co działo się wtedy na Wołyniu, o ludobójstwie teraz już mówi się otwarcie. Wydawane są książki, obchodzi się tę lipcową rocznicę, kiedy to na wielką skalę ukraińscy nacjonaliści rozpoczęli w pamiętną niedzielę swoją akcję. Do tej pory nie ma jednak zgody na ekshumacje, na upamiętnienie wszystkich ofiar. Ciągle jest komuś nie po drodze, przede wszystkim zaś ukraińskim politykom, historykom. Chyba i rodzinom tych, którzy z kosami, widłami, sierpami, nożami, …, dokonywali okrutnych mordów na dzieciach, kobietach, starcach.
Mój profesor pedagogiki z czasów Seminaryjnych ks. prof. Piotr Poręba ciągle nam powtarzał, że „człowiek jest wszystkim z wychowania”. W tej wołyńskiej sprawie okazało się, że wlewanie przez lata do serc i umysłów poglądów, że trzeba pozbyć się z Wołynia Polaków i Żydów, zaowocowało mordami… Niestety swoją złą rolę spełnili także prawosławni duchowni, niektórzy błogosławili noże na rzeź niewinnych ludzi.
Jako uczniowie Pana Jezusa, tworzący Jego katolicki Kościół, żyjemy w świecie. Niesie on przeróżne myśli, poglądy, dotyczące także innych ludzi, narodów. Nie zawsze są one przepełnione miłością, szacunkiem do innych. Nie brak takich, które zachęcają do wywyższania swojego narodu, tym samym do pogardzania innymi. Nie pozwólmy jednak na to, aby stały się one ważniejsze niż słowa Pana Jezusa, który zawsze ma być dla nas drogą, prawdą i życiem!
II. Wakacje jeszcze trwają, ale już szybko zbliżają się do końca. W trakcie pobytu w Ustrzykach Górnych, na stoisku z pamiątkami, koszulkami, kapeluszami, „odkryłem” leżące na półce książki związane z tematyką Bieszczad. Jedną z nich kupiłem – „Łemkowska odyseja” autorstwa Andrzeja Priadka (Rzeszów 2025). To, że ją kupiłem to jeszcze nic, ale także ją już przeczytałem.
Korzenie autora tej książki znajdują się w Bieszczadach. Opisuje w niej historię rodziny od końca XIX wieku. Czytając ją wchodzi się w życie rodziny, w radości i trudy życia – wojny, śmierć dzieci. Wszystko to dzieje się przy zmieniającej się władzy państwowej.
Koniec II wojny światowej, to „oczyszczanie” tych terenów z rdzennych mieszkańców. Wywożono ich na Wschód do Związku Radzieckiego, a rok 1947 to akacja „Wisła”. Dokończenie tej operacji już przez władze komunistycznej Polski. Rodzina autora i on także najpierw znaleźli się pod Węgorzewem, później osiedlili się koło Słupska.
Dla czytelnika tej książki opisana historia, to bardzo dobra lekcja historii. Dobrą stroną tej książki jest to, że nie jest ona pisana przez naukowców i wykładowców akademickich. Ale przez człowieka, który chciał opowiedzieć historię swojej rodziny, który mimo przedziwnych wydarzeń ma swoje nadzieje, po ludzku przegrywa, ale znów próbuje się podnieść. Wreszcie z pokorą ale i ze smutkiem przyjmuje wygnanie z rodzinnej ziemi.
Mimo takich doświadczeń, w tej nowej rzeczywistości związanej już z Polską odnajduje się i zaczyna się realizować, zakłada rodzinę. Mimo tych nowych doświadczeń, które jego i najbliższą rodzinę cieszą, wracają wspomnienia za i tęsknota, utraconą ziemią. Pojawiają się pytania: dlaczego nas to spotkało?
III. Papież Benedykt XVI w trakcie swojego pontyfikatu, podczas audiencji wygłaszał do uczestników katechezy. Wiele z nich poświęcił świętym Kościoła (2005-2011). Wydawnictwo „Jedność” wydało książkę „Moi święci – w towarzystwie gigantów wiary” (Kielce 2025). Zostali oni podzieleni na grupy: Apostołowie; Święci pierwszych wieków; Ojcowie Kościoła; Święci; Święte. W obcowaniu świętych kanonizowanych i niekanonizowanych, którym Kościół żyje dzięki Chrystusowi, we wszystkich swoich członkach, cieszy się obecnością i towarzystwem ich oraz pielęgnuje niezłomną nadzieję, że możemy naśladować ich drogę i pewnego dnia to samo błogosławione życie wieczne (Benedykt XVI).
Dla nas katolików spotkanie ze świętymi, to spotkanie z Panem Jezusem, który było obecny w ich życiu. To On „nakręcał” koło ich życia, to dla Niego poświęcali swoje życie. A jak było trzeba, to ponosili z miłości do Niego śmierć. Książka jest wielce pouczająca, tak jak wielce pouczające i pociągające do naśladowania jest nadal, życie świętych Kościoła. Dlatego warto po nią sięgnąć. Co możemy tam znaleźć?
„To jest ważne: człowiek, który jest daleko od Boga, jest również daleko od samego siebie, wyobcowany z samego siebie, i może odnaleźć się tylko wtedy, gdy spotka Boga. W ten sposób znajduje również siebie, swoje prawdziwe ja, swoją prawdziwą tożsamość” (s. 177). Takie słowa można przeczytać, pokazują one, że w czwartym wieku po narodzinach Chrystusa, człowiek zagubiony, może odkryć swoją tożsamość w relacji do Pana Boga. To się znacznie różni od rad i wskazań, jakie słyszymy teraz. Poznaj siebie, zaakceptuj siebie, przebacz sobie, …, są to rady, które słyszy zagubiony w meandrach codzienności współczesny człowiek. Realizuj siebie, staraj się poznać, a wszystko wokół się rozjaśni. Może na małą chwilę się rozjaśni! Warto jednak pamiętać, że niegasnącym światłem i prawdą, która ma moc nas prowadzić przez całe życie – nigdy nie zagaśnie – jest tylko osoba Pana Jezusa.
Zgodnie z nauczaniem wybitnego doktora franciszkańskiego (św. Antoniego z Padwy), na modlitwę składają się cztery nieodzowne postawy: ufne otwarcie serca przed Bogiem, to pierwszy krok, nie wystarczy po prostu pojąć Słowo, ale w modlitwie trzeba otworzyć serce na obecność Boga; następnie powinienem z Nim rozmawiać serdecznie, dostrzegając Jego obecność we mnie; a następnie – co jest rzeczą bardzo naturalną – należy przedstawić Mu nasze potrzeby, w końcu wielbić Go i Mu dziękować (s. 266).
To kolejna rada, którą czytelnik tej książki usłyszy. Jednak nie jest to wszystko, bo życie tych wszystkich świętych, to jedna wielka lekcja modlitwy, która była dla nich spotkaniem z Bogiem, ale także siłą pomagającą trwać w swoim powołaniu.
Kończę pisanie tego fragmentu rozważania, kiedy jest już wieczór. Wypada poszukać swojego miejsca i znaleźć teraz swój czas na spotkanie z Panem Bogiem. Święci – ci giganci wiary – do takiego zachowania i postawy nas zachęcają!
ks. Kazimierz Dawcewicz
