I. Już dawno nie było mnie przy pisaniu tych rozważań. Okazuje się, że powroty bywają trudne, jeżeli przez dłuższy czas coś się zaniedbało i ciągle odkładało. Tak właśnie stało się z tymi rozważaniami, zabrakło mi chęci do pisania. Zaniedbane cierpliwie czekały na swój czas. No i wreszcie się doczekały. Nie będę się usprawiedliwiał, zamiast tego zabieram się do pisania kolejnych punków tego rozważania.
Od czego tu zacząć? A no właśnie może od mojego wyjazdu na Litwę. Nie było w tym nic wojowniczego, ale raczej sentymentalna podróż do miejsc gdzie urodził się i spędził ponad dwadzieścia lat życia mój tata Hipolit. Po krótkim zwiedzeniu Wilna, odwiedzin u mojego patrona – św. Kazimierza, zatrzymaniu się na krótką modlitwę przy obrazie Matki Bożej Ostrobramskiej, w sobotę 28 czerwca przyszedł czas na podróż do Podbrzezia i Podębia.
Dla czytelnika tego tekstu nazwy tych miejscowości nie są znane. Podębie, to miejsce urodzin mojego taty, spędził tam swoje młode lata, tak jak Podbrzeziu – gdzie od 1905 roku stoi kościół parafialny. Trzeba przyjąć, że w tym kościele został ochrzczony, tam przyjmował sakramenty, uczęszczał na niedzielne Msze święte. Pewnie bywał także w Wilnie. Czas wojny dla niego to wywózka na roboty przymusowe do Berlina, z których już na Wileńszczyznę nie wrócił. Po wojnie, odnalazł przesiedloną swoją rodzinę niedaleko Bartoszyc. Tam poznał moją mamę, wzięli ślub, rodziły się dzieci. Chyba w latach pięćdziesiątych ze swoim bratem Bronisławem odwiedził rodzinne strony. Widział je wtedy po raz ostatni, zmarł w roku 1963.
Byłem jeszcze na cmentarzu w Podbrzeziu, modliłem się nad grobami rodzinnymi. Ale co jest też bardzo ważne, spotkałem się w tym dniu z moją rodziną tam mieszkająca. Moim stryjecznym bratem Stanisławem – to syn Adama najstarszego brata mojego taty. Zgromadziły się tam jeszcze dzieci siostry stryjecznej Jadzi, znanej mi ze zdjęcia przechowywanego w naszym rodzinnym archiwum.
Spotkanie z rodziną z początku to takie poznawanie siebie, przyglądanie się sobie. Aby po paru minutach, pozwolić rozmowie toczyć się wartko. Czego teraz żałuje, to że tych chwil z nimi było tak mało. Wiem, że więcej się nie dało. Ale dwie godziny więcej, byłyby dobrze wykorzystane na lepsze wzajemne poznanie. Pozostały zdjęcia z tego spotkania, można powspominać i przypominać sobie ich twarze. Mam nadzieję, że nie było to nasze ostatnie spotkanie.
II. Dzieję się nadal dużo wokół wyborów prezydenckich, które odbyły się 1 czerwca 2025 roku. Nie będę pisał o aspektach prawnych, ale chcę przez chwilę zatrzymać się nad zachowaniami i postawami ludzi, którzy swoimi emocjami Polaków tak teraz kręcą. Nie będzie nazwisk, partii, zostawiam to dla „znawców tematu”. Pełne podejrzliwości rozmowy, oskarżenia, krzyki, nieumiejętność prowadzenia rozmów, to ostatnio chleb powszedni naszego życia politycznego i społecznego.
Dozy smutku, który mi teraz towarzyszy, dodaje też i to, że jakaś część tych osób nazywa siebie chrześcijanami – nawet katolikami. To nie przeszkadza niektórym z nich, zachowywać się po antychrześcijańsku. Takie cechy jak miłość, wyrozumiałość, szacunek dla innych poglądów, …, szacunek dla przeciwnika politycznego, gdzieś się zagubiły. Zostały zapomniane, albo całkowicie zostały wyrugowane z głów i serc.
Rozumiem, że polityka to także element pewnej walki, zmagań, ale taki ogień nienawiści to jeden wielki wstyd. Tak nie pokazuje się swojej miłości do Polski. Chyba, że jest to wielka gra. Panowie i Panie nauczyli się ról, a teraz je tak prawdziwie odgrywają. Chociaż wątpię w ich umiejętności aktorskie, trzeba raczej przyjąć, że pozwolili żmijowemu jadowi zagość w sercach. Teraz go wylewają, bo kolejna porcja powstaje, potrzeba zrobić miejsce dla nowej porcji.
Jak będzie dalej? Trzeba chyba przyjąć, że zbyt dużo się nie zmieni na naszych oczach. Nadal będziemy świadkami, słuchaczami, warkotu rozmowy pozbawionej szacunku, miłości, troski, … Nie mówiąc już, że ktoś zdobędzie się na słowo przepraszam. Kiedy zapomni, że mimo innej opcji politycznej, człowiek siedzący przede nim też ma uczucia, emocje. Chce, żeby go szanowano.
Panie i Panowie politycy, na nawrócenie nigdy nie jest za późno. Na zmianę stylu prowadzania politycznych i społecznych debat także. Będzie to z większym pożytkiem dla waszego zdrowia psychicznego i duchowego. Przysłużycie się także dzięki temu, większemu dobru naszej Ojczyzny.
III. „Gdy nie doświadczamy poczucia bezpieczeństwa, nie będziemy w stanie dawać go innym. Gdy nie doświadczymy bycia wysłuchanym, nie umiemy słuchać. Bo jak człowiek zgłodniały może nakarmić głodnego? Jak kloszard jest w stanie zaprosić innego bezdomnego pod swój dach? Jak może mu powiedzieć: „Chodź do mojego domu”, jeżeli go nie posiada? Jak człowiek spragniony miłości zaspokoi pragnienie miłości bliźniego? Jak zgłodniały miłości mąż będzie w stanie okazać ją swojej żonie, a spragnieni miłości rodzice będą w stanie dać ją swoim dzieciom? Zanim więc zaczniemy zobowiązywać innych do miłowania, trzeba ich nauczyć szukania i przyjmowania miłości” (o. Józef Augustyn, myśli na każdy dzień roku, Kraków 2015, s. 79).
Szukanie i przyjmowanie miłości… Nawiązując trochę do drugiego punktu tych rozważań, wypada zapytać: czy ci „polityczni wojownicy” przypadkiem nie cierpią na brak miłości? Może noszą w sobie wielki jej deficyt, i dlatego tak obrzucają się różnymi inwektywami. Dlatego mało w ich postępowaniu miłości, życzliwości, otwartości, wyrozumiałości. Wszyscy, którzy jeszcze uważają siebie za chrześcijan, pozwolili sobie wypłukać te wszystkie owoce ducha. Brak poczucia bezpieczeństwa rodzi agresję, szukanie przeciwników za wszelką cenę.
Czy zatem wszystko jest stracone? Nie! „Zanim więc zaczniemy zobowiązywać innych do miłowania, trzeba ich nauczyć szukania i przyjmowania miłości”. To wezwanie do szukania, …, jest skierowane do nas także. Nie dotyczy tylko elit politycznych i społecznych, my przecież też wnosimy w nasze codzienne relacje z innymi swoje braki.
Za tym poszukiwaniem kryje się wezwanie do pogodzenia się z ludźmi, do okazywania sobie nawzajem zwykłej życzliwości. Przyjęcie innej osoby z tym co ma, bo przecież każdy odrobinę miłości w sobie nosi. Dając miłość i przyjmując sprawiamy, że zaczyna ona nas zmieniać. Innym sercem zaczynamy patrzeć na ludzi, zaczynamy patrzeć prawem miłości. A co najważniejsze nie skąpimy jej innym.
Ta otwartość serca, umiejętność przyjmowania miłości i obdarowania nią innym, otwiera nas na źródło prawdziwej Miłości! Bóg, który jest miłością zaczyna wtedy wlewać w nasze serca tą duchową moc. Sprawiając tym samym, że niesie nas ona na spotkanie z innymi ludźmi. Stajemy się wtedy dawcami – miłości, dobroci, miłosierdzia. I oto właśnie w życiu chodzi. Bycie chrześcijaninem, nie polega na prowadzeniu nie kończących się dyskusji przy stole. Chrześcijanin to człowiek, który w codzienności żyje Ewangelią Chrystusa. Ciągle szuka Bożej miłości, i uczy się ją przyjmować!
ks. Kazimierz Dawcewicz
