Widziane z okna, przeczytane i usłyszane (66E)

I. „Przez wiele lat mojego życia moim zmartwieniem było, że sporą część obowiązków zaniedbuję. Niemożliwe jest jednak dokładne wypełnianie wszystkiego tego, do czego zostaliśmy powołani. Podejrzewam, że większość biskupów jest tego samego zdania” (kardynał Basil Hume). Przytoczone słowa w sposób bezpośredni odnoszą się do biskupów, ale chyba nie będzie z mojej strony żadnego nadużycia, jeżeli napiszę, że odnoszą się do każdego z nas. Jeżeli tylko mamy w sobie odrobinę pokory, to jesteśmy w stanie powiedzieć to samo o sobie. Kiedy zbliża się wieczór i kiedy zerkamy na cały kończący się dzień, to dostrzegamy swoje zaniedbania. Odłożenie pewnych prac na jutro, albo i na potem, zaniedbanie powiedzenia „przepraszam” osobie nam bliskiej.
Różne są tego przyczyny, czasami może być tak, że zbieg pewnych okoliczności zahamował naszą naturalną aktywność. W domu pojawili się nie zapowiedziani goście, zostaliśmy wezwani do rozwiązania trudnej sprawy w rodzinie, u przyjaciół. Tych wymuszających zmianę naszych planów i obowiązków wydarzeń, może być znacznie więcej.
Niestety, pewne nasze prace i zadania są czasem niewykonane. Tym, nad czym powinniśmy boleć, smucić, martwić jest oddawanie się najpierw zajęciom dającym przyjemność, kosztem zaniedbania obowiązków. Przyczyna może tkwić także w lenistwie, które ogarniając nas tym samym wnosi w codzienność życia całkowity bałagan. Poczynając od prac domowych, poprzez zepsute relacje z najbliższymi, aż po odniesienie do Pana Boga.
Pierwszym i podstawowym naszym powołaniem jest powołanie do życia. Dlatego powinniśmy nosić w sobie pragnienie jak najlepszego przeżycia dni, które otrzymaliśmy od Pana Boga. Zachwyt nad swoim życiem, prowadzi nas też do „odkrycia” swojego kolejnego powołania: choćby bycia lekarzem, nauczycielem, …, księdzem, siostrą zakonną. Kiedy swoje życie przyjmujemy z radością i nadzieją spotkania Boga w wieczności, wtedy znajdujemy w sobie potrzebne siły, zaangażowanie i moc do należytego wypełnienia obowiązków.
Zachęcam zatem czytelnika tego tekstu, do właściwego wypełniania obowiązków płynących z powołania. Jednocześnie warto sobie uświadomić, że niemożliwością jest dokładne wypełnienie wszystkiego. Strzeżmy się także pragnień bycia w tym dziele perfekcjonistą. Bo bycie nim wnosi w życie niepokój, psuje relacje z innymi.

II. „Jako biskupi i kapłani największą szkodę wyrządzamy wiernym, gdy jesteśmy nieuprzejmi” (kardynał Basil Hume). Jako ojciec duchowny seminarium uczestniczyłem w Szkole Formatorów w Sulejówku. Pamiętam, że ówczesny rektor seminarium w Koszalinie powiedział coś podobnego. Jego słowa zostały zaczerpnięte z wypowiedzi Pani profesor z Koszalina. W rozmowie z nią stwierdził: „zapewne denerwują Panią księża posiadający piękne i drogie samochody”? Odpowiedziała wtedy: „da ksiądz spokój z samochodami. Mam męża, który co dwa lata zmienia samochód. To taka chłopięca zabawa samochodzikami. Co mnie denerwuje u księży? Arogancja, wywyższanie się nad ludzi, złe ich traktowanie. To jest wielkim skandalem, a nie posiadanie kolejnego samochodu”.
Gdy jesteśmy nieuprzejmi, czynimy największą szkodę innym ludziom. Takich sytuacji, w których ksiądz bywa nieuprzejmy wobec ludzi jest dużo. Nie będę tu ich wymieniał, posłużę się tylko ogólnym stwierdzeniem. Ale obok tego stwierdzenia – zagadnienia my księża nie możemy przejść obojętnie. Powinniśmy uderzyć się w piersi, jeżeli takie przypadki miały czy też nadal mają miejsce. Wziąć te słowa bardzo poważnie, zapisać je w swojej pamięci. A każde kolejne spotkanie z ludźmi traktować jako okazję do ewangelizacji, do pokazania swoją osobistą kulturą, moc działania w nas słów Ewangelii.
Warto też pamiętać – drogi czytelniku tych słów – że powyższe słowa odnoszą się też i do ciebie. Źle odbieramy ludzi, którzy bywają dla nas opryskliwi, nie potrafią przepuścić nas szybciej w kolejce. Nie zostawiamy suchej nitki na osobach, które nieuprzejmie potraktowały nas w jakimś urzędzie. Po prostu to boli, wchodzi głęboko w serca i trzyma nas tygodniami, a nawet latami.
Trzeba starać się pamiętać, że to sam Pan Jezus wskazuje nam drogę dobrego zachowania. „Cokolwiek byście chcieli aby wam ludzie czynili, podobnie i wy im czyńcie”. Te słowa nie wymagają komentarza, one zachęcają wprost do bycia człowiekiem uprzejmym, dobrym, łagodnym. Także wtedy, kiedy inni dla nas są nieuprzejmi!

III. „Gdy byłem młodym mnichem, zdarzało mi się spotykać pewnego niezwykłego człowieka. Nie miał on wykształcenia ani żadnych szczególnych talentów, ale był wielkim człowiekiem modlitwy. Powiedział mi kiedyś: „Rano idę zawsze do kościoła. Gdyby mnie tam nie było, Bóg chciałby wiedzieć dlaczego mnie nie ma”. Był on z pewnością bardzo blisko Boga, ale nie umiałby powiedzieć, w jaki sposób ani dlaczego, a już na pewno nie umiałby wygłosić wykładu o modlitwie. Jaka powinna być modlitwa nauczył się po prostu się modląc” (kardynał Basil Hume).
Wiele razy w tych rozważaniach pisałem o modlitwie. Wspominając, że nie ma prawdziwego życia chrześcijańskiego bez modlitwy. Nie chodzi tylko o odmawianie modlitw ustami, powtarzanie wyuczonych formułek. Ale o nawiązanie relacji z Panem Bogiem. Takiej osobistej, gdzie dochodzi do autentycznego spotkania, które dotyka serca. Tym samym je zmienia, no i umacnia na drodze wiary.
Można przeczytać wiele książek na temat modlitwy, ale jak przed chwilą przeczytaliśmy, uczymy się jej tylko wtedy kiedy się modlimy. Szkoła modlitwy nie trwa rok, dwa, pięć, siedem lat, trwa ona całe życie. Czasami doświadczenie bliskości z naszym Panem, pojawia się raz na pewien czas. Wtedy rozjaśnia to co uległo zachmurzeniu, wprowadza pokój w serce.
Pamiętam wydarzenie z mojego życia, związane z rekolekcjami, które odprawiałem w klasztorze kamedułów w Bieniszewie. Siedziałem tam u nich tydzień czasu. Modlitwa w tych dniach była pełna rozproszeń, jakaś szarpana, wyglądało to na wyrywanie czasu. Kiedy zbliżał się koniec pobytu, w niedzielne popołudnie siadłem w kościele, trochę tym wszystkim zmęczony. Ale wtedy przyszła łaska modlitwy – spotkania! Trwało to „tylko” piętnaście minut. Ale wystarczyło mi na długo. Wyjechałem od kamedułów uspokojony i duchowo wzmocniony.
Wielu z nas zaniedbuje codzienną modlitwę, odmawia ją sporadycznie, albo nie modli się latami. Może warto zainteresować się słowami tego niezwykłego człowieka, którego kiedyś spotkał młody mnich benedyktyński, późniejszy kardynał. „Rano idę do kościoła. Gdyby mnie tam nie było, Bóg chciałby wiedzieć dlaczego mnie nie ma”. Drogi czytelniku! Pan Bóg chce wiedzieć, dlaczego nas nie ma na codziennej modlitwie? Dlaczego pozwoliliśmy sobie o Nim zapomnieć? Jeżeli jednak mimo różnych wydarzeń w życiu, błędów, porażek, pragniemy nadal Jego bliskości, to jedyna właściwa droga aby tego doświadczyć, prowadzi przez systematyczną modlitwę!

ks. Kazimierz Dawcewicz